Antyk poznajemy poprzez współczesność

Z kulturą antyczną jesteśmy na ogół, przynajmniej pobieżnie, zaznajomieni. Znacznie gorzej jest z kulturą współczesną, na którą w programach szkolnych często brakuje już czasu. Ale, choć antyk wydaje się opatrzony i nieaktualny, wcale nie jest  tak, że wszyscy odróżniają Partenon od Panteonu… (jakaż to banalna zagadka, a rokrocznie wprawia studentów w zakłopotanie). Poza tym, wiedza nasza zdeterminowana przez klasycystyczne poszukiwanie estetycznego ideału, który można byłoby łatwo powielić (kolumny, tympanon i jaśniutki beż) i daleko odbiega od tego, co moglibyśmy, w istocie, nazwać znajomością kultury (wystarczy odwiedzić łódzki teatr Chorea). Chronologię sztuki w programie studiów trzeba porzucić, by studenci mogli od razu przekonać się, jak ciekawy, a nie tylko niezbędny jest ów antyk. Co myśli o tym prowadząca zajęcia Antyk – dzieje wpływów w sztuce i estetyce dr Agnieszka Gralińska-Toborek?

This is my legacy, legacy, legacy…

Za ścianą znów słyszę piosenkę Eminema, a przypomina mi ona nie historię kariery jednego ze słynniejszych raperów, ale… dziedzictwo antyku. Może dlatego, że pod koniec maja tego roku współorganizowałam konferencję Legacy of Antiquity in Performing and Visual Arts. Było to kameralne, ale niezwykle interesujące spotkanie osób, które nie mają wątpliwości, jak ważne jest dziedzictwo antyku w kulturze europejskiej. I choć problematyką tradycji antycznej zajmuję się od kilku lat, wciąż coś mnie zaskakuje i wskazuje, jak wiele jeszcze można się dowiedzieć. O czym przekonałam się na wspomnianej konferencji? Otóż, na przykład, że najwięcej zysków przynoszą dziś tzw. filmy peplum (inna nazwa tego gatunku to sword and sandals) i choć gatunek ten popularny był w latach 60-tych, to przecież sukces Gladiatora jest najlepszym przykładem popularności tematyki antycznej. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam też, że obok Isadory Duncan i Émile’a Jaques-Dalcroze‚a na tańcu antycznym wzorowała się także brytyjska tancerka Ruby Ginner (1886-1978) a jej techniki klasycznego tańca greckiego uczy się w dalszym ciągu w Imperial Society of Teachers of Dancing. Dowiedziałam się też, że przegapiłam inscenizację „Antygony” w Teatrze Nowym w Łodzi, która choć bardzo nowoczesna, w świetny sposób ujmuje rolę chóru, tak ważnego a wciąż niezrozumiałego w greckiej tragedii.

Cyclops, 1947 Oil on canvas, shown at Chicago Art Institute. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/William_Baziotes

Cyclops, 1947 Oil on canvas, shown at Chicago Art Institute. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/William_Baziotes

I jeszcze muszę dodać, że William Baziotes (1912–1963) wcale nie malował tak abstrakcyjnych obrazów, jak nam się wydaje, ale w większości z nich odwoływał się do antycznej mitologii, szczególnie do motywu cyklopa. Wątki antyczne są więc nadal żywe w naszej kulturze, co okcydentaliści powinni śledzić z uwagą (bo to ułatwi znajomość nie tylko antyku, ale przede wszystkim współczesności). This is our legacy…

A.G.-T.

Reklamy

Można czy trzeba to zrozumieć?

  • że  powinniśmy  przyjąć  falę  imigrantów
  • że Breivik rozpoczyna studia i zapewne napisze książkę
  • że tabloidyzacja i uproszczenie przekazu zastępuje komunikację

Zajęcia realizowane w modułach do wyboru podejmują zarówno zagadnienia dotyczące dalszej przeszłości Zachodu, jak i współczesne. Studenci dotąd w swych wyborach preferowali raczej tematy zakotwiczone w bardziej bezpiecznej tradycji. Między innymi nie wybrano modułów poświęconych stosunkom polsko-rosyjskim i problematyce gender (wkrótce więcej o modułach, które nie zyskały większości studenckich głosów). Będziemy te moduły ponownie włączać do naszej oferty zajęć do wyboru. Chcielibyśmy, by okcydentalistyka pozwalała lepiej zrozumieć nasze czasy, by zachęcała do reagowania, a nie tylko konsumowania medialnych faktów. Zatem przedstawiamy kolejne dylematy, z którymi okcydentalista powinien próbować się zmierzyć. Formułuje je prof. UŁ dr hab. Andrzej Maciej Kaniowski:

amk2a

Źródło: EurActiv.

Zdarzenia, zjawiska i procesy, o których każdego dnia informują nas media: wojna we wschodniej Ukrainie, ekspansja państwa islamskiego (dopuszczającego się zbrodni na ludziach i niszczącego, na modłę Hunów i Wandali, pozostałości kulturowych wytworów innych cywilizacji), zamachy terrorystyczne w krajach świata zachodniego, nielegalna imigracja z Afryki do krajów Europy, ale też powiększające się rozmiary prekariatu, narastający gniew młodego pokolenia Europejczyków oraz inne temu podobne procesy i zaszłości zdają się niejednokrotnie być trudne do pojęcia, niezrozumiałe, a nawet jeśli są „zrozumiałe”, to wywołują niejednokrotnie radykalny sprzeciw. Odczucia tego rodzaju towarzyszą m. in. tym, którzy np. mniemają, że zwalczające się strony powinny przecież zasiąść do stołu i dojść do jakiegoś porozumienia, że każdy winien mieć zapewnione warunki przyzwoitej egzystencji , że wolność i tolerancja są czymś wartościowym i zasługującym na akceptację, że bezsensowną jest zbrodnia dokonana przez Breivika, jak też czyn autorów zbrodniczego zamachu na Charlie Hebdo.

amk2

Źródło: tvn24.

Zarówno te zdarzenia i zjawiska, jak też własne na nie reakcje zdołamy lepiej zrozumieć, kiedy zrekonstruujemy warunkujące je sposoby widzenia świata i porządki aksjologiczne. Pomocny w tym będzie wgląd w specyfikę, dokonania, i wytwory naszego świata zachodniego, jak też innych cywilizacji, z którymi dochodzi miejscami do krwawych konfrontacji. Studia na okcydentalistyce mają ten wgląd umożliwić.

A.M.K.

W Łodzi nie można już straszyć filozofią :-)

Okazuje się – jak donosi dziś poczytny dziennik – że w Łodzi filozofią straszyć już nie można:
Uniwersytet Łódzki. Na filozofię więcej chętnych niż miejsc

To ile jest tej filozofii na okcydentalistyce? Otóż – ok. 1/3 programu (zgodnie z pierwotnymi* i stałymi założeniami koncepcji studiów). W szczegółach udział dyscyplin przedstawia się następująco:

ROK I

TAB1

ROK II

TAB 2

ROK III

TAB3

*Struktura siatki (lecz nie programu) uległa drobnym modyfikacjom na skutek przyjęcia tzw. nowego kalkulatora ECTS, który zakłada jednorodną punktację zajęć na całym wydziale.

Liczba godzin zajęć widoczna na wykresach – 30 –  jest równomierna w przypadku wszystkich przedmiotów, które są odmianami ćwiczeń (warsztatowych, projektowych, konwersatoryjnych). W przypadku pracy licencjackiej podano wartość punktów ECTS przeliczoną na liczbę godzin pracy studenta poza odbywanym seminarium – łącznie 90.

Gdy robiliśmy ankietę wśród studentów okcydentalistyki, nikt nie deklarował chęci studiowania filozofii, później różnie z nimi bywało. Filozofia na okcydentalistyce bardziej przypomina dawny program filozofii stosowanej, jest też „ukryta” w przedmiotach, które na wykresach określiłam jako „ogólnohumanistyczne”. Dobrze to widać na przykładzie przedmiotu Analiza wytworu kultury jako performansu, o którym pisałam niedawno.

W.K.J.

Nie tylko katedra, ale także maszyna parowa i prawa człowieka, i…

Czyli o tym, co studiuje okcydentalista – ciąg dalszy

O idei studiów, której szkic można też uznać za wprowadzenie do przedmiotu Filozoficzne podstawy nauk humanistycznych i społecznych pisze prof. UŁ dr hab. Andrzej Maciej Kaniowski:

Czy za słuszne, czy raczej za całkowicie błędne powinniśmy uznać przeświadczenie, że to „właśnie na ziemi Zachodu, i tylko tutaj, powstały zjawiska, które –  jak to sobie chętnie przynajmniej wyobrażamy – nabierają w swym  rozwoju uniwersalnego znaczenia  i ważności”? Pytanie to przed stu laty postawił najwybitniejszy jak dotąd badacz kultury, społeczeństwa, polityki, gospodarki i religii, Max Weber (1864–1920), który zwracał uwagę m. in. na to, że choć w wielu cywilizacjach pewien stopień rozwoju osiągnęły np. różne nauki – takie jak astronomia, geometria, ekonomia, czy też nauki o państwie i prawie – to jednak ich ciągły, postępujący rozwój (mimo okresowych zahamowań) miał miejsce tylko w cywilizacji zachodniej, i że to tu wynaleziono np. maszynę parową czy silnik spalinowy, i że właśnie w łonie tej cywilizacji stworzony został „rachunek ekonomiczny” i powstał kapitalizm, a wykształcone tu prawne i polityczne formy organizacji życia społecznego (jak np. demokracja i instytucjonalne formy gwarantowania praw człowieka) przyswajane są – acz nierzadko z ogromnymi oporami – w społeczeństwach uformowanych podług innych wzorców cywilizacyjnych. 20150719_095727Czy fakty te są świadectwem nagannego europocentryzmu i kulturowego imperializmu okcydentalnej – czyli zachodniej – cywilizacji, czy też raczej potwierdzeniem tezy, że określone osiągnięcia – w tym nie tylko Volkswagen i iPhone, lecz także idea wolności i niezbywalnych praw przysługujących jednostce – są wyrazem czegoś, co zasadnie pretenduje do powszechnej, uniwersalnej ważności?

Okcydentalistyka winna pomóc w zgłębianiu tego pytania i szukaniu odpowiedzi uwzględniających złożoność dzisiejszego świata i złożoność samego problemu.

A.M.K.

Jeszcze raz o nazwie „okcydentalistyka”. FAQ

1. Co to jest okcydentalistyka? To neologizm określający interdyscyplinarny kierunek studiów humanistycznych prowadzony przez Instytut Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego we współpracy z naukowcami całego Wydziału Filozoficzno-Historycznego.
2. Jaki jest źródłosłów tego terminu? Okcydent.
3. Co to jest Okcydent? Okcydent to inaczej Zachód – jako pojęcie określające cywilizację pisany jest wielką literą. Okcydent bywa nazywany także: cywilizacją zachodnią, cywilizacją okcydentalną, a także cywilizacją łacińską (która jest jednak terminem węższym).
4. Dlaczego nie zachodnioznawstwo, albo inna nazwa? Źródłosłów łaciński – sam w sobie – wiele wyjaśnia (lecz nie wszystko, bo nie mówi nic o ważnych pograniczach): do jakiej, szerszej kultury językowej przynależymy, jaki obszar kulturowy na pewno wchodzi w skład cywilizacji zachodniej, jak głęboko sięga historia Zachodu, co jest jednym z głównych czynników formujących tę cywilizację. Taka praktyka tworzenia słów nie jest niczym nadzwyczajnym. Studiowanie wiedzy o Gdańsku nazwano gedanistyką – od łacińskiego słowa Gedanum. Można długo dyskutować o samym słowie (mnie się podoba), ale spróbujcie Państwo ukuć określenie kierunku studiów od dzisiejszej nazwy miasta Gdańsk. Łacina jest piękna, strukturalnie przejrzysta.
5. Czy sufiks –i-s-tyka nie brzmi zbyt technicznie, jak robotyka, matematyka? Nie. Wymiennie z sufiksem –logia odnosi się do dziedziny wiedzy, a jeszcze bardziej do praktyki (etnologia, archeologia, ale i europeistyka, italianistyka, iberystyka, kognitywistyka oraz plastyka, akwarystyka i wiele innych). Słowo to jest w zasadzie bardzo proste i bardzo trafne na określenie studiów, w których praktykowanie z teoretyzowaniem idą w parze. Sufiks –logia bardziej związany jest ze znaczeniem słów, które odnoszą się do skodyfikowanych dziedzin nauki.
6. Gdzie leży Zachód? Czy cywilizacja zachodnia leży tylko na półkuli zachodniej? Czy cywilizacja zachodnia obejmuje całą półkulę zachodnią? Pojęcie Zachodu nie jest pojęciem stricte geograficznym. Dlatego nie można jednoznacznie odpowiedzieć na tak sformułowane pytanie. Otóż, pojęcie Zachodu trzeba rozumieć z perspektywy teorii cywilizacji. A ta uwzględnia nie tylko obszar występowania danej społeczności i kultury, ale także jej migracje. Toteż różni autorzy odmiennie zakreślają obszar cywilizacji zachodniej. Dziś, w dobie globalizacji i elektronicznej komunikacji, pytanie o granice owego obszaru jest jeszcze bardziej wątpliwe.
7. Co jest głównym symbolem Zachodu? Znany współczesny badacz Zachodu – Niall Ferguson – zwraca uwagę na to, że nasze wyobrażenie o cywilizacji zachodniej ukształtował słynny serial BBC Civilisation z 1969 roku. Jego twórca Kenneth Klark uważał, że Zachód symbolizują przede wszystkim osiągnięcia kultury wizualnej, a jej narodziny spektakularna, oszałamiająca, niewyobrażalnie piękna, nieskończenie pnąca się w górę Katedra w Chartres. Inni chętnie akcentują ułomności naszej cywilizacji, na przykład demaskując, wprawdzie skuteczny i konstruktywny, ale i samowyniszczający racjonalizm człowieka Zachodu i wykształconych przezeń instytucji. Susan Sontag zaś ostrzegała, że Zachód powinien przede wszystkim wytłumaczyć się ze swej akceptacji wobec przemocy wizualnej. Ja chciałabym wierzyć, że Zachód wyróżnia się właśnie autokrytyką, a w konsekwencji uznaniem własnych ograniczeń i słabości, a także wypracowywaniem cech czujności i otwartości.
8. Co dają te studia, skoro zakres wiedzy jest tak szeroki? Przede wszystkim uczą wszechstronnie analizować różne przejawy tej cywilizacji, zapoznają z różnymi typami refleksji, z wieloma dyscyplinami i ich narzędziami. Zarysowują panoramę tego, co nazywa się humanistyką, ale nie „palcem po mapie”, a krok po kroku: od drzwi do drzwi, od uniwersytetu do różnych instytucji i z powrotem; z podaniem w ręku, prośbą, harmonogramem działania, dokumentacją i sprawozdaniem.
O ile statystyczny absolwent/ka studiów wciąż budzi się ze zdziwieniem (znam to z autopsji, bez mała 20 lat temu było tak samo), że nikt – mimo świetnego dyplomu, młodego wieku i wielu innych zalet – nie chce z nim nawet rozmawiać w sprawie pracy (a jego CV zaległo właśnie na jakim biurku jako setne z kolei od spodu), to student okcydentalistyki ma to już dawno za sobą. Ponieważ od razu w pierwszym semestrze orientuje się, że zrealizować projekt w grupie i to w kooperacji z jakąś instytucją, to właściwie tak, jak szukać pracy. Ten trening polegający na dogadaniu się z kolegami i koleżankami oraz przekonaniu kogoś do współpracy to podstawa efektów kształcenia na okcydentalistyce, wziętych nie skądinąd, a właśnie z podstaw zinstytucjonalizowanego świata Zachodu, w którym standard komunikacji odgrywa jedną z ważniejszych ról.
P.S. 9. Jak piszemy nazwę kierunku? Małą literą.

W.K.-J.

Performuj albo… (nie uzyskasz zaliczenia?)

O zajęciach Analiza wytworu kultury jako performansu raz jeszcze. Tym razem pisze dr Agnieszka Gralińska-Toborek:
Omawianie tekstów dotyczących performansu zwykle nie przychodzi studentom z łatwością. Zjawisko bowiem jest wprawdzie uchwytne, ale trudne do zdefiniowania i oceny. Czym performans różni się od gry aktorskiej, a czym od codziennego życia? Kiedy mamy do czynienia z performansem udanym (czyli inaczej „fortunnym”, jak powiedziałby John Austin*)? W jaki sposób performans zadziałał? Odpowiedzi na te pytania znajdujemy oczywiście w rozważaniach teoretyków, ale do zrozumienia, czym właściwie jest performans, potrzebna jest przede wszystkim praktyka. Ale do wykonania performansu w trakcie zajęć nie powinno się nikogo zmuszać (czyli de facto zniechęcać). Jest to wszakże forma niezwykle indywidualna, często o charakterze osobistym, otwarta na nieoczekiwane interakcje. Nie mam jednak wątpliwości, że bez uczestniczenia w performansie (czy to w roli performera, czy odbiorcy), nie można o nim mówić, ani go zrozumieć. Zaliczenie zajęć „Analiza wytworów kultury jako performansu” powinno więc być związane z praktyką. Tak pracujemy z dr Wiolettą Kazimierska-Jerzyk, odkąd tylko wprowadziłyśmy te zajęcia (najpierw na filozofii). Studenci musieli przemóc swoje obawy i przygotować w małych grupach dowolny performans, odwołując się (czy zwracając szczególną uwagę na nie) do wymienianych przez Erikę Fisher-Lichte w książce „Estetyka performatywności”** specyficznych cech performansu np. czasowości, dźwiękowości, przestrzenności czy cielesności. Prezentacje, których przebiegu nie zamierzam opisywać (wszak tu chodzi o bezpośrednie doświadczenie) przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Zwykle spełniały one wiele kryteriów stawianych performansowi, a przede wszystkim w niekonwencjonalny sposób zwracały uwagę na jakiś problem (jak choćby przedmiotowe traktowanie kobiecego ciała, tortury, przyjaźń i rozstanie).foto Co zaś najciekawsze, ryzyko w większej chyba mierze niż performer – ponosił odbiorca – w tym przypadku szczególnie osoba prowadząca zajęcia. Przewidywałam, że mogę zostać wystawiona na wiele prób (jako że nasze role na chwilę się zamienią) i stracę kontrolę nad przebiegiem zajęć. Nie spodziewałam się jednak, że zachowam się jak przeciętny (obojętny) widz. Okazało się, że z ciekawości – co się jeszcze wydarzy i ze źle pojmowanej grzeczności – by nie przeszkadzać, nie przerwałam performansu niezwykle uciążliwego dla jednej z osób, która liczyła właśnie na moją reakcję. W dyskusjach po każdym wystąpieniu długo rozważaliśmy, co się z nami działo w trakcie performansu, jak cele zakładane przez performerów spełniały się, bądź nie, w interakcji widzów, jakim doświadczeniem było dla nas uczestnictwo w takim zdarzeniu. Rozpoznawaliśmy, czym może być performans, ale przede wszystkim poznawaliśmy samych siebie, nasze reakcje, predyspozycje, odruchy. Wiedza o sobie ujawniona w trakcie doświadczania performansu przynieść mogła ulgę, samozadowolenie, ale równie dobrze rozczarowanie. Może zamiast maturalnych analiz wiersza Wisławy Szymborskiej należałoby wchodzenie w dorosłość zaczynać od performansu? „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”***.

A.G.-T.

*Austin John, Wypowiedzi performatywne , [w:] tegoż, Mówienie i poznawanie, tłum. B. Chwedeńczuk, PWN, Warszawa 1993.
**Fischer-Lichte Erika, Estetyka performatywności, tłum. M. Borowski, M. Sugiera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008.
***Wisława Szymborska, Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej, [w:] tejże, Wołanie do Yeti, Wydawnictwo Literackie, 1957.

Co to znaczy performować?

Bez wątpienia termin „performans” jest w języku polskim nadużywany. Natomiast w języku angielskim „performance” jest słowem pospolitym i bardziej wieloznacznym, niż nam się wydaje. Dlatego tak wiele tekstów podejmujących problemy performatywności wydaje się „bełkotliwych”. Na różnych zajęciach z elementami teorii performansu, które prowadzę co jakiś czas na filozofii lub na okcydentalistyce – na tej ostatniej jest to przedmiot Analiza wytworu kultury jako performansu – zaczynamy więc zwykle od pracy nad dyscypliną pojęciową. Oto slajd pierwszy z naszych zajęć:

perf

Na podstawie samej etymologii możemy dokonać istotnego odkrycia: performować można na dwa sposoby: 1. bez znaczenia, nawet bez sensu (nawet starając się bardzo), nie powodując żadnego przeżycia, nie wpływając na nic; 2. skutecznie – zmieniając coś swym wykonaniem czy innym działaniem, wytwarzając coś (niekoniecznie przedmiot, a na przykład atmosferę jakiegoś miejsca, czasu). O skuteczności performansu najciekawiej pisze Jon McKenzie, jednakże samo pojęcie performatywu zawdzięczamy Johnowi L. Austionowi, który wymyślił to słowo, zauważywszy, że można działać słowami (a nie tylko robiąc coś).

Następny krok, to odróżnić te trzy konteksty użycia performansu: 1. performans art, który jest odmianą sztuki neoawangardowej; 2. performing arts – czyli wszelkie sztuki wykonawcze; 3. oraz performans jako przedmiot badań performance studies, które analizują wszelkie przejawy kultury właśnie z perspektywy działania. Różnice te omawiam w hasłach Performance i Performance klasyczny dostępnych online w tym multimedialnym słowniku: sens

Warsztaty sprawdzają się tu znakomicie, studenci wykonując różne ćwiczenia, obserwują właśnie skuteczność swych działań lub jej brak. Orientują się, że reakcje są trudne do przewidzenia; że wiele czynników decyduje o tym, czy coś się udaje; jak wiele elementów bierze udział w tej przemianie: cielesność, dźwiękowość, przestrzeń, czas (te, jako główne wymienia Erika Fischer-Lichte). Poszukując przykładów i kontekstów, studenci najchętniej wybierają zagadnienie performatywu płci (Judith Butler). Tym samym zajęcia te są krótkim wprowadzeniem do dwóch typów studiów, które – bez przesady – zrewolucjonizowały humanistykę ostatnich 30-u lat – performance studies i gender studies.
***
A oto lekturowa baza:

Austin John, Mówienie i poznawanie, tłum. B. Chwedeńczuk, PWN, Warszawa 1993.

Butler Judith, Od „wnętrza” do performatywnej płci, [w:] tejże, Uwikłani w płeć. Feminizm i polityka tożsamości, tłum. K. Krasuska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 9-53.

Butler Judith, Walczące słowa. Mowa nienawiści i polityka performatywu, tłum. A. Ostolski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010, s. 9-53.

Fischer-Lichte Erika, Estetyka performatywności, tłum. M. Borowski, M. Sugiera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008.

Turner Victor, Od rytuału do teatru, przeł. M. i J. Dziekanowie, Volumen Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2005; fragmenty pt. Proces rytualny, tłum. I. Kurz [w:] Antropologia widowisk. Zagadnienia i wybór tekstów, red. L. Kolankiewicz, WUW, Warszawa 2005, s. 121-140.

Goffman Erving, Człowiek w teatrze życia codziennego, tłum. H. Datner-Śpiewak i P. Śpiewak, Wydawnictwo KR, Warszawa 2002, fragmenty [w:] Antropologia widowisk.., op.cit.,. s. 47-60.

McKenzie Jon, Performuj albo… Od dyscypliny do performansu, tłum. T. Kubikowski, Universitas, Kraków 2011 (całość).

Schechner Richard, Performatyka: Wstęp, tłum. T. Kubikowski, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Wrocław 2006.

Carlson Marvin, Performans, tłum. E. Kubikowska, PWN, Warszawa 2007.

 

 

Pięknie czy strasznie? Obiekt ocalony czy muzealny symulakr?

Zgodnie z zapowiedzią publikujemy suplement do opisu zajęć Szaleństwo kolekcjonowania. Od gabinetów osobliwości do wirtualnego muzeum.

Rafał Tadeusz Wroński
Obiekt ocalony czy muzealny symulakr?

Willa Szaji Światłowskiego – stan z 2005 roku i obecny.

Willa Szaji Światłowskiego – stan z 2005 roku i obecny.

Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej mieszczący się przy Muzeum Włókiennictwa oddano do użytku 30 września 2008 roku, jednak samo zebranie i organizacja projektu zajęły 6 lat (http://www.muzeumwlokiennictwa.pl/o-skansenie/1/88,skansen-lodzkiej-architektury-drewnianej.html [data dostępu 26.02.15]). Na pierwszy rzut oka kolekcja prezentowana w obrębie skansenu może wydawać się dość skromna. Od Muzeum Włókiennictwa odgrodzono bowiem murem zaledwie osiem budynków. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę skalę zbioru, ilość przestanie mieć znaczenie.

Aktualne zdjęcia obiektu - R.T.W.

Aktualne zdjęcia obiektu – R.T.W.

Sama idea takiej aranżacji przestrzeni narodziła się ponad 50 lat wcześniej. Pomysłodawcą utworzenia skansenu na terenie MW była Krystyna Kondratiuk (Tamże.), która w tamtym czasie obejmowała stanowisko dyrektora placówki. Projekt doczekał się realizacji dopiero pół wieku później, dzięki dotacjom pozyskanym ze środków unijnych. Osiem skrajnie różnych architektonicznie, jednak niemal równych wiekowo budowli połączono układem niewielkich uliczek, tak by całość stworzyła malutkie miasteczko. Wszystkie budynki odrestaurowano zgodnie z pierwotnymi planami architektonicznymi, nadając im świeży wygląd. Budowle także odmalowano – w trakcie renowacji bazowano głównie na zapiskach pochodzących z planów, lub zdjęciach (jeśli takie przetrwały) – nadając im koloryt epoki. Połączenie układu barw, materiałów i aranżacja położenia mogą wywołać u odbiorców skrajne wrażenia. Jedni poczują się jak na sztucznie stworzonym planie filmowym, a inni jakby przenieśli się w czasie. Całą ekspozycję osadzono z dala od miejskiego zgiełku, w ten sposób, by tło dla niej stanowiła naturalna roślinność porastająca sąsiadujący ze skansenem park. Taki zabieg pozwala na pełniejsze zanurzenie w klimat tego miejsca.sk2

W skład tej niezwykłej kolekcji wchodzą: domy (zwane rzemieślniczymi) przeniesione z ul. Wólczańskiej 68 (własność przemysłowca Karola Bennicha (1842-1891)), ul. Żeromskiego 68, ul. Mazowieckiej 61, ul. Kopernika 42, ul. Mazowieckiej 47, a także Kościół Ewangelicko-Augsburski (1811 r.) z ul. Rynek Nowosolna 13 (Po II Wojnie Światowej znany pod nazwą kościół pod wezwaniem Św. Andrzeja Boboli). Oprócz tego niewielki budynek dawnej poczekalni przystanku tramwajowego z Rynku Nowego Miasta w Zgierzu (rok 1913). Ostatnim obiektem znajdującym się w zbiorze jest willa letniskowa, przeniesiona z Rudy Pabianickiej (ul. Scaleniowa 18) (http://www.muzeumwlokiennictwa.pl/o-skansenie/1/88,skansen-lodzkiej-architektury-drewnianej.html [data dostępu 26.02.15]).
Warto zaznaczyć, że ekspozycja jest w rzeczywistości „wystawą w wystawie”, bowiem każdy z budynków pełni określoną rolę, a jego wnętrze stanowi przedłużenie kolekcji. We wnętrzach budynków znaleźć można m.in. pracownię-warsztat papieru czerpanego, pomieszczenia stylizowane na pokoje „z epoki”, a także zrekonstruowane wnętrze sakralne świątyni.wn

Niektóre budynki nie zostały zaadaptowane, jednak prace nad zagospodarowaniem przestrzeni ciągle trwają. Muzeum Włókiennictwa nie zdradza szczegółowych planów. Niewątpliwie, aranżacja wnętrz i możliwość ich zwiedzania podnosi atrakcyjność przestrzeni skansenu. Nie jest to już tylko zbiór eksponatów, czy zbiór budowli – wędrując przez nie odbiorca ogarnia różne płaszczyzny ekspozycji, wraz z nim przekształcają się eksponaty.

Jedną z niezagospodarowanych jeszcze przestrzeni jest wspomniana wcześniej willa letniskowa, powstała na zlecenie Szaji Światłowskiego – średniozamożnego żydowskiego przedsiębiorcy handlującego drewnem. Dom miał być rzekomo prezentem dla żony – Klary. Nie jest znane nazwisko architekta. Wiadomo jedynie, że willa miała swoją bliźniaczkę (budynek projektu nieznanego niemieckiego architekta leżący na przeciwległym krańcu miasta), która prawdopodobnie stanowiła pierwowzór konstrukcji. Jak możemy dowiedzieć się ze strony skansenu, budowla: Jest najciekawszym architektonicznie i ciesielsko obiektem w skansenie i chyba ostatnim zachowanym tego typu budynkiem w mieście (bliźniaczy obiekt został rozebrany na wiosnę 2004 r.). W 1939 r. właścicielem budynku był Szaja Światłowski. Malownicza, na nieregularnym planie willa jest podpiwniczona, piętrowa, z nieużytkowym poddaszem. Graniaste wieże, bryły werand oraz prostopadłościenny korpus są niemal całkowicie przeszklone. Willa zachowała bogaty detal architektoniczny. Profilowane gzymsy kordonowe i podokienne dzielą elewację zdobioną płycinami z krzyżowym detalem. Stolarka okienna i drzwiowa o drobnym podziale szprosów, urozmaicona jest barwionym szkłem ornamentowym. W części dachowej wyeksponowane zostały rzeźbione elementy ciesiołki – podparcie konstrukcji hełmów wież, lukarn i widoczne detale więźby dachów dwuspadowych (Tamże.).szaj3Niezwykły budynek wcielono do kolekcji w 2007 roku. Wcześniej dom spełniał normalną funkcję mieszkalną. Znajdował się na posesji otoczonej sadem jabłkowym, szklarniami i ogrodami zimowymi, a także budynkami gospodarczymi, których wykończenia utrzymane były w tym samym stylu. Wszystkie zabudowania rozmieszone były symetrycznie względem siebie. Obecne ustawienie budynku w skansenie jest odwrotne do pierwotnego ( środkowe, podwójne drzwi prowadziły bowiem do sadu jabłkowego, od frontu znajdowały się dwie symetryczne klatki schodowe [pełniące rolę głównego wejścia], okrągłe betonowe schody prowadzące do piwnicy i kuchenne drzwi dla służby). szaj5

Jak podaje Dziennik Łódzki, w 2006 roku wyeksmitowano ostatnich lokatorów budynku ze względu na zagrożenie zawaleniem. Dom niszczał przez kilka miesięcy, zanim jednak trafił do skansenu – wykorzystano jego wnętrza i zewnętrza jako plan filmowy przy realizacji filmu grozy pod tytułem „The House”. Ekipa filmowa przybyła ze Stanów Zjednoczonych w ciągu 30 dni przekształciła budowlę w plan zdjęciowy horroru angażując do współpracy przy produkcji polskich aktorów. Willa letniskowa ożyła raz jeszcze, jednak w sposób zupełnie nieprzewidziany. Miejsce, które pierwotnie miało pełnić rolę ostoi (z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że żona pierwszego właściciela cierpiała na suchoty – by ulżyć jej w cierpieniach i poprawić stan zdrowia Światłowski zlecił budowę domu z dala od fabrycznego smogu i zgiełku), potem socjalnego domu wielorodzinnego, zanim jeszcze stało się eksponatem w kolekcji skansenu, odrodziło się jako złowieszcze wnętrze skrywające mroczną tajemnicę.szaj6

Krótko po zakończeniu zdjęć budynek rozebrano na fragmenty i przetransportowano do wydzielonej strefy w Skansenie Łódzkiej Architektury Drewnianej. Niestety, jak wspomniałem wcześniej, jego potencjał nie został jeszcze wykorzystany. Brak odniesień do historii budowli niejako zubaża jej znaczenie jako eksponatu. Całkowicie odnowiona konstrukcja sprawia, że budynek wydaje się obcy i nieciekawy, pozbawiony autentyzmu i aury. Nie zachęca do bliższego poznania. To wielka szkoda, bo przecież ktoś wcześniej stwierdził, że to idealne miejsce do opowiedzenia pewnej fantastycznej fabuły. Dziś budynek nie wygląda już tak jak ten z koszmaru – co ma oczywiście swoje pozytywne strony, lecz warto byłoby w jakiś sposób przywrócić mu jego własną historię i pamięć. szaj7Jeśli nie poprzez rekonstrukcję wnętrz, to może choćby przez ekspozycję, która przypomniałyby o losach tego domu i podobnych miejsc w Łodzi.

Bibliografia (źródła internetowe):
http://www.muzeumwlokiennictwa.pl/o-skansenie/1/88,skansen-lodzkiej-architektury-drewnianej.html [data dostępu 26.02.15].
http://pl.wikipedia.org/wiki/Willa_w_Rudzie_Pabianickiej [data dostępu 26.02.15].

materiały dodatkowe:
http://www.filmweb.pl/film/House-2008-368308 [data dostępu 26.02.15].
https://www.youtube.com/watch?v=7fUf3wyWBWY [data dostępu 26.02.15].

Dziwactwa czy osobliwości? Obsesje czy pasje? Świat widziany w kolekcji

O zajęciach Szaleństwo kolekcjonowania. Od gabinetów osobliwości do wirtualnego muzeum (moduł „Kultura materialna i gospodarcza Europy”) opowiada dr Agnieszka Rejniak-Majewska.

Słysząc słowo „muzeum” wyobrażamy sobie zazwyczaj przestrzeń wyłączoną z życia, gdzie od eksponatów dzielą nas na bezpieczną odległość barierki i szklane gabloty, a nasze kroki śledzą czujni strażnicy/strażniczki. Muzeum – cmentarzysko, muzeum/mauzoleum (Theodor Adorno), muzeum jako „przestrzeń dyscyplinarna” narzucająca eksponatom i ciałom zwiedzających określony porządek – lista niekorzystnych opisów jest długa, a jej początki równie stare jak wielkie XVIII i XIX-wieczne europejskie muzea. Proponując okcydentalistom zajęcia na temat muzeum („Szaleństwo kolekcjonowania. Od gabinetów osobliwości do wirtualnego muzeum”), nie tylko chciałam przezwyciężyć moc tych ponurych skojarzeń, ale przyjęłam, że w dziejach muzeów i kolekcji – jak w zwierciadle – odbija się historia kultury Zachodu i ważne redefinicje jej pojęć. Począwszy od XVI-wiecznej kultury ciekawości, narodzin nowożytnej nauki, przez oświeceniową wizję instytucji publicznej, romantyczny i nowoczesny historyzm, po współczesny boom muzealny biegnie długa, splątana nić, łącząca różne (i często wciąż aktualne) typy kolekcji i ekspozycji. Dziś muzeum nie koniecznie musi posiadać kolekcję, muzealizacji podlegać może wszystko – począwszy od starych zabawek i ubrań, po krajobraz i miejskie przestrzenie, ale dawne idee kolekcjonerskie i niestandardowe formy ekspozycji związane z dawną „kulturą ciekawości” tym bardziej zyskują znów na znaczeniu.

Tzw. kolekcje osobliwości.

Tzw. kolekcje osobliwości.

Tzw. kolekcje osobliwości.

Tzw. kolekcje osobliwości.

Chcąc wyjaśnić przyczyny tworzenia muzeów i kolekcji można powiedzieć, że w popędzie kolekcjonerskim dochodzi do głosu pewien pierwotny instynkt, który – jak przekonuje Manfred Sommer w książce „Zbieranie. Próba filozoficznego ujęcia” – jest czymś antropologicznie stałym i kluczowym w procesie naszego uczłowieczania. Są jednak różni zbieracze i różne formy porządkowania. Kolekcja to forma zastępczego posiadania rzeczywistości i symbolicznego jej definiowania. To też jest swoista mnemotechnika i sposób zamieszkiwania (nieraz w dosłownym sensie). Obiekty kolekcji stają się – jak pisze Krzysztof Pomian – semioforami, nabierają wartości jako oznaki bardziej ogólnych, istotnych dla nas wartości i znaczeń. Dobór i układ obiektów mówi więc wiele postawach światopoglądowych, wzorcach kulturowych, aspiracjach i prywatnych upodobaniach kolekcjonerów. Wielokrotnie mówi on też o szczególnych dla Zachodu stosunku do przeszłości i innych kultur, przemieniającym je w rodzaj podręcznego zasobu. W trakcie zajęć badaliśmy wyobrażeniowe podstawy i założenia muzealnych kolekcji – tych liczących się w historii zachodniej kultury i tych nam bliższych, które poznać mogliśmy z autopsji. Historia muzeów dostarczyła przy tym studentom wielu sytuacji zaskakujących. Gabinety osobliwości, skupiające obok siebie obiekty natury i sztuki (naturalia i artificialia), czy też na poły baśniowe i fantastyczne scenariusze paryskiego Musée des Monuments Franςais (chroniącego relikty średniowiecza przed wandalizmem Rewolucji) i rodzimego muzeum Izabeli Czartoryskiej w Puławach, ukazują inne oblicze muzealnych ekspozycji niż to kojarzone z naukową systematyką. Emocjonalny stosunek do obiektu, akcentowanie aury zagadkowości i opowieści, jaka się za nim kryje – wszystko to czyni je bliższe współczesnym ekspozycjom, w których liczy się angażowanie różnych zmysłów i wyobraźni odbiorcy.

Odwołując się do własnych doświadczeń analizowaliśmy, jak przekształcały się współcześnie sposoby ekspozycji, jak zmienia się sposób podejścia do przedmiotu i do muzealnych przestrzeni. Dzięki zajęciom w Muzeum Sztuki studenci mogli dowiedzieć się o tym jak „od kuchni” wygląda proces przygotowywania ekspozycji czasowych, począwszy od zarysowania koncepcji, przez współpracę z instytucjami i prywatnymi kolekcjonerami, po aranżację wystawy. Mieliśmy też okazję poznać zbiory Muzeum Książki Artystycznej i zapoznać się ze szczególnym typem półprywatnej instytucji, powstałej z osobistych pasji i zamiłowań, będącej zaprzeczeniem muzeum jako nastawionej na turystów instytucjonalnej machiny.

ska2

Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi.

Analizowaliśmy, jak kulturalne aspiracje i potrzeby reprezentacji wyrażały się w przestrzeni rezydencjonalnej pałacu Edwarda i Matyldy Herbstów, jak określały one przestrzeń życia prywatnego, zarazem wpisując w trendy kolekcjonerskie ich czasów. W trakcie tych wspólnych i indywidualnych wizyt interesowały nas zarówno historie powstania kolekcji, krzyżowanie się w nich tego co prywatne z tym co publiczne i oficjalne, jak również ukształtowanie obecnych form ekspozycji – pochodzenie obiektów, ich własne historie, i narracje który przy ich użyciu są budowane.

codz1

codz3

Muzeum Pałac Herbsta w Łodzi.

Ca’ Bernardo w Wenecji, wystawa „The Revenge of the Commonplace” zrealizowana w ramach 56 Biennale w Wenecji (także powyżej i po prawej).

Zadaniem studentów było ćwiczenie z fenomenologicznego opisu muzealnej przestrzeni, jak i szukanie informacji o losach i genealogiach wybranych eksponatów. Pisząc o doświadczeniu muzealnej przestrzeni szczególny przypadek sytuacji odbiorczej opisał Kamil Bereda (patrz niżej). Rafał T. Wroński z detektywistyczną precyzją prześledził na zajęciach proces muzealnej transplantacji i przemiany obiektu pochodzącego z naszego rodzimego, łódzkiego podwórka (wkrótce w osobnym artykule).
Rozwijająca się od lat 80. XX w. „nowa muzeologia” uczyniła muzea instytucjami bardziej otwartymi na widzów i egalitarnymi, a zarazem bardziej świadomymi ideologicznej konstrukcji kierowanego do widzów przekazu. Muzeum, kolekcja, to zawsze zmienna całość, w której obiekty nabierają znaczenia zależnie od kontekstu w jakim są wystawione, jak i od wyobraźni i świadomości odbiorcy, gotowego je w swym doświadczeniu ożywić. Artystyczne eksperymenty i awangardowa krytyka instytucji sprawiła, że muzea same często krytycznie podchodzą dziś do własnych historii i form ekspozycji. To czy staną się prawdziwymi miejscami tworzenia wiedzy zależy jednak przede wszystkim od uważnego i krytycznego podejścia widza. Być może po tych zajęciach niektórzy uczestnicy nadal stwierdzą (jak to niegdyś bezceremonialnie uczynił Paul Valéry): „Niezbyt lubię muzea”. Będą jednak w stanie analitycznie wyjaśnić dlaczego i co im mają do zarzucenia.

***

Kamil Bereda, Niewidzialna wystawa

Już z lekcji wiedzy o kulturze wiemy, że muzea mają różne funkcje. Służą ochronie zabytków (w każdej tego typu instytucji znajdują się wykwalifikowani pracownicy zajmujący się ich konserwacją), spełniają rolę edukacyjną (będąc miejscem obcowania ze sztuką, historią czy kulturą), kształtują w nas również wrażliwość na piękno oraz uczą krytycznego stosunku wobec historii. Idąc za starą Encyklopedią Gutenberga wydaną w 1992 r., Muzeum to miejsce poświęcone muzom, przenośnie sztuce i nauce; budynek zawierający zbiory z zakresu sztuki lub nauki (… )Muzea powinny posiadać tylko wartościowe zabytki kultury i sztuki i działać na widza przystępnie i zrozumiale przez stonowaną wystawę, naukowy podział, objaśnienia itd. (Hasło: Muzeum [w]: Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga, Kraków 1992, s. 57.)
Można jednak odnieść wrażenie, że w ciągu 20 lat definicja ta zmieniła się diametralnie i jest już nieaktualna. Internet podbijają wirtualne muzea, a te tradycyjne nie zawsze są miejscem organizowania wystaw obiektów z zakresu sztuki lub nauki, czego przykładem jest chociażby słynne Muzeum Lodów we włoskim Anzola dell’Emilia. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze są przestrzenią doświadczenia i edukacji.
Jak zatem nazwać miejsce, w którym nie konserwuje się zabytków, w którym owszem organizuje się wystawy, ale ich uczestnik nie doświadczy ani nie zobaczy zbiorów z zakresu sztuki i nauki? Jak nazwać miejsce, w którym odbiorca nie zobaczy dosłownie nic? Odpowiedzią jest Niewidzialna Wystawa. Peter Vergo w tekście pt. Milczący obiekt podkreśla, że tworzenie i korzystanie z wystaw jest dziś kulturową oczywistością, czymś co nie skłania do głębszej refleksji (Peter Vergo, Milczący Obiekt [w]: Muzeum Sztuki. Antologia, red. M. Popczyk, Kraków, s. 316). Słowa te jednak w żadnym stopniu nie dotyczą tejże wystawy…
Jak mówią o samej wystawie jej twórcy: Niewidzialna Wystawa to wyjątkowa interaktywna podróż w niewidzialny świat, podczas której będziesz mógł wypróbować, jak radzić sobie w codziennych sytuacjach bez pomocy wzroku – wyłącznie za pomocą zmysłu słuchu, węchu, równowagi (http://niewidzialna.pl/ [data dostępu 29.01.2015]). Głównym zamysłem wystawy jest pokazanie jej odbiorcom jak trudne jest życie codzienne osób niewidomych i niedowidzących. Jednak nie wszystko jest takie proste.
Już na samym początku odbiorcy poproszeni zostają o zdjęcie zegarków, schowanie do szafek telefonów, tabletów raz innych urządzeń mogących być źródłem światła. Osoba, która nie zapozna się wcześniej z programem wystawy może czuć się zaskoczona. Niby zakaz fotografowania obowiązuje w większości tego typu placówek, ale brak możliwości sprawdzenia godziny już może wpędzać odbiorcę w zakłopotanie. Pierwszą, bardzo krótką częścią wystawy jest rozmowa z osobą niewidomą na temat alfabetu Braille’a oraz kilku przedmiotów ułatwiających życie osób niewidomych i niedowidzących, jak np. specjalne spinacze do bielizny, które sprawiają, że skarpetki po wyjęciu z pralki wciąż będą sparowane. Osoba oprowadzająca pozwala sobie nawet na żart mówiąc, jakoby tarka do ziemniaków była źródłem alfabetu Braille’a. Czujność odbiorcy zostaje uśpiona, luźna atmosfera sprawia, że nie stresujemy się tym co nas jeszcze czeka, ani nie poddajemy się refleksji, jakby powiedział to Peter Vergo. Po krótkiej prelekcji mała grupa ludzi (ok. 10 osób) zapraszana jest do pomieszczenia mieszczącego się za ogromnymi kotarami i dopiero wtedy doznajemy prawdziwego szoku. Ogarnia nas ciemność tak głęboka, jakiej nie jesteśmy w stanie doświadczyć przez samo zamknięcie oczu. Nie trafiają do nas kompletnie żadne źródła światła, a towarzyszyć temu zaczynają zawroty głowy oraz zaburzenia równowagi. Zamykając oczy sprawiamy, że ciemność dla naszego organizmu staje się naturalniejsza. Nie zmienia to jednak faktu, że odruchowo chcemy je otworzyć i wciąż otacza nas niekończąca się, niekomfortowa ciemność. Grupa porusza się za przewodnikiem-osobą niewidomą wykonując jego polecenia typu: „poszukajcie telefonu”, „włączcie telewizor”, „proszę zakręcić wodę w kranie” lub odpowiadając na pytania „co to za przedmiot?”, „do czego służy?” itd. Początkowo są to pomieszczenia pozornie bezpieczne takie jak przedpokój, sypialnia, łazienka czy kuchnia, później grupa kierowana jest w stronę chaty leśnika, czy tzw. miejskiej dżungli w celu np. odnalezienia przystanku autobusowego. Twórcy wystawy zadbali o najmniejsze szczegóły. Nie tylko zmienia się podłoże, ale czujemy różnicę temperatur, wiatr, słyszymy śpiew ptaków, miejski gwar, czy silniki samochodów. Na koniec udajemy się do sklepu, gdzie faktycznie można zakupić wodę, sok lub napój gazowany. Posługując się jedynie zmysłem dotyku wybieramy odpowiednie monety i płacimy tak, jak w normalnym sklepie. Wystawa angażuje odbiorcę w ogromnym stopniu, poruszamy się, rozmawiamy, dotykamy i słuchamy. Wszystko jak nieopierzone piskle, które za chwilę zostanie wypchnięte z gniazda. Peter Vergo we wcześniej już cytowanym tekście twierdzi, że twórcy muzealnych ekspozycji zbyt dużą uwagę poświęcają obiektom i optymalnym sposobom ich prezentacji, a zbyt małą potencjalnemu odbiorcy (Peter Vergo, Milczący Obiekt, op. cit., s. 327). Twórcy Niewidzialnej Wystawy skupili się przede wszystkim na odwiedzających.
Cała wystawa, której nie można zobaczyć po włączeniu światła, to prawdopodobnie przestrzeń przypominająca nasze mieszkania, dobrze zaaranżowane pokoje będące imitacją domku w lesie oraz przystanku autobusowego w centrum miasta. Genialne w swej prostocie, wnętrze to pokazuje prawdziwe trudności życia codziennego osób niewidomych. Jak wygląda zwiedzanie? Lekko przygarbieni, z wyprostowanymi przed sobą rękoma, potykamy się wciąż o coraz to nowe przedmioty modląc się, by zawadzając o słupek lub krzesło nie pozbawić się płodności do końca życia. Czujemy się bezradni, bezbronni i mimo, że po wyjściu z tejże jednej wielkiej ciemni odczuwamy ból oczu spowodowany zbyt dużym natężeniem światła, to nie jest to zarazem ogromna ulga, ponieważ znów widzimy swoje ciało, podłoże i to co przed nami.
Wystawa ta zmusza odbiorców do refleksji i uczy nas jak ważnym zmysłem dla człowieka jest wzrok. Nie wiem, czy istnieje inny organ, po którego utracie wciąż byśmy żyli, a w tak dużym stopniu pozbawieni bylibyśmy samodzielności i pewności siebie. Można wysnuć wrażenie, że nie ma nic gorszego w życiu od utraty wzroku. Po opuszczeniu wystawy zaczynamy zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły, na wskazówki stworzone specjalnie dla osób niewidomych, na podłoże po jakim się poruszamy, na dźwięki. Zaczynamy zauważać wiele absurdów, a widok psa wyprowadzanego na chodniku w centrum miasta budzi w nas agresję. Nie da się nie doznać katharsis po tejże wystawie, czujemy jakbyśmy dostali nowe życie. Uczymy się dbać o własne oczy, chętniej pomagamy osobom niewidomym i niedowidzącym, zaczynamy doceniać piękno przyrody, człowieka, czerpiemy przyjemność z dóbr, których nie możemy zobaczyć, takich jak muzyka, czy dotyk. Każdy z nas próbował po ciemku włączyć komputer, lub znaleźć telefon czy świeczkę, jednak nigdy nie postawiono nas w sytuacji, w której w zupełnie obcym nam pomieszczeniu, musimy się poruszać nie korzystając ze zmysłu wzroku. Nawet gdyby ktoś chciał zakończyć „zwiedzanie” nie sądzę, by samodzielnie udało mu się wrócić do kas.
Są wystawy, które wpłyną na naszą estetyczną wrażliwość. Możemy podziwiać obrazy Guercino, zachwycać się mieszkaniem Puszkina, słuchać muzyki Chopina, jednak to tylko lub aż łechcze nasze odczucia estetyczne. Niewidzialna Wystawa sprawia, że cały nasz organizm staje się jednym, wielkim odbiorcą bodźców, a każdy dzień, w którym zobaczyliśmy zachód słońca, liście na drzewach, twarz ukochanej lub rodzinny dom to najlepszy dzień w naszym życiu.
Niewidzialną Wystawę możemy „zobaczyć” w Warszawskiej Galerii Handlowej Millenium Plaza od poniedziałku do piątku w godzinach 12-20 raz w soboty i niedziele w godzinach 10-20. Gwarantuję, że nie zostaniemy zmuszeni do czytania licznych karteczek pod eksponatami, nad którymi tak ubolewał Vergo. Liczy się tylko ciemność i Twoja zaradność.

O czym piszą okcydentaliści swoje pierwsze prace licencjackie?

  • o polskich podróżnikach w Azji,
  • o polskich Tatarach,
  • o historii politycznej w powojennej Europie,
  • o przemianach obyczajowości w rewolucyjnej Francji,
  • o życiu kulturalnym w obozach koncentracyjnych,
  • o Republice Weimarskiej z perspektywy ówczesnego kina...

O seminarium licencjackim pisze dr Krzysztof Kędziora:

Jak widać z powyższego zestawu zagadnień, okcydentalistyka wychodzi naprzeciw różnorodnym zainteresowaniom studentów i stara się je wspierać i pogłębiać w formie pracy dyplomowej. Umożliwia to taki, a nie inny program studiów – prawdziwie interdyscyplinarny i skupiający specjalistów całego wydziału, a nawet – gdy zachodzi taka potrzeba – z innych jednostek UŁ. Z jednej strony kładziemy nacisk na zdobycie i pogłębienie podstawowej wiedzy z zakresu, historii, filozofii czy nauk o kulturze (antropologii, archeologii, historii sztuki), z drugiej natomiast, pozwalamy studentom niemalże od samego początku dokonywać wyborów realizowanych projektów czy zajęć zgodnie ze swoimi zainteresowaniami i upodobaniami.

Zwieńczeniem tego procesu jest w przypadku studiów pierwszego stopnia praca licencjacka. Na okcydentalistyce zaplanowaliśmy trwający cały rok, czyli dwa semestry „moduł licencjacki”. Jak w przypadku każdego modułu i ten składał się z trzech części – historycznej, filozoficznej i kulturowej. Zatem studenci w trakcie pisania swego licencjatu mieli stale do dyspozycji historyka, filozofa i etnologa (wybór etnologa, a nie historyka sztuki, czy archeologa wynikał ze specyfiki tematów). Zadaniem zajęć tego modułu było podsumowanie zdobytej przez trzy lata wiedzy w tych trzech obszarach, ale także i pomoc w procesie przygotowywania pracy licencjackiej. Przy wyborze promotorów swoich prac i tym samym ich tematów studenci nie byli ograniczeni do prowadzących zajęcia w module licencjackim. Mogli poszukać ich „na własną rękę” wśród pracowników, z którymi mieli już zajęcia.

Miałem przyjemność prowadzenia części filozoficznej i od samego początku stanąłem przed pytaniem, jak podsumować ponad dwutysiącletnią historię refleksji filozoficznej? Odpowiedź, jaka mi się od razu nasunęła, wydała mi się dość oczywista. Bowiem z filozofią jako pewnym faktem kulturowym jest tak samo, jak z dziejami literatury czy muzyki. Nie ma lepszego sposobu na ich poznanie, jak zgłębianie tworzących je arcydzieł. Z poznaniem filozofii Platona na podstawie różnych opracowań (często przecież bardzo dobrych!) jest jak z poznaniem „Zbrodni i kary” Dostojewskiego z bryków maturalnych. Możemy się dowiedzieć, o co chodzi, ale z pewnością nie zastąpi nam to przyjemności płynącej z lektury i nie da okazji do własnych wglądów w czytany tekst. Słowem, wpadłem więc na pomysł by czytać „klasyków”.

Seria wydawnicza Biblioteka Klasyków Filozofii PWN.

Seria wydawnicza Biblioteka Klasyków Filozofii PWN. Źródło il.: http://ksiegarnia.pwn.pl/kategoria/126266/seria-biblioteka-klasykow-filozofii.html.

Jak powiedziałem, pomysł ten wydał mi się dość oczywisty, ale – nieskromnie zauważę – dość udany. Oddaliłem od razu nasuwającą się wątpliwość, żę „klasycy” mają to do siebie, że są martwi, czyli śmiertelnie nudni. No cóż, szkoła obrzydziła nam „klasyków”. Nieśmiertelne pytania, dlaczego ten i ów wielkim poetą, pisarzem, filozofem był i co miał na myśli, rzadko kiedy są w stanie rozpalić zainteresowanie arcydziełem. Tym bardziej, że czyjejś wielkości nie pokazuje się rzetelnie i z uwagą, a przyjmuje tę wielkość na wiarę (och, ten kanon lektur!). A nie ma nic ciekawszego i bardziej pasjonującego niż przekonanie się samemu, czemu Platon ze swoją „Ucztą”, czy św. Augustyn ze swoimi „Wyznaniami” (bo między innymi tych autorów i te dzieła czytaliśmy) są klasykami lub czemu nimi nie są.

Czy podczas zajęć nam się udało samodzielnie przekonać o wadze jakiejś myśli, jej znaczeniu dla Zachodu? Nie mnie to oceniać, choć mogę mieć podejrzenia, że moja miłość do klasyków nie znalazła szczególnie wielkiego zrozumienia wśród studentów. Czemu tak przypuszczam? Bo wśród całej różnorodności tematów prac licencjackich tylko niektóre związane z filozofią (np. poświęcone tolerancji czy pokojowi, a ujęte w perspektywie filozoficznej). No cóż, nie każdy musi pasjonować się filozofią, ale tak na serio, ta różnorodność wyboru tematów prac licencjackich jest wyrazem tego, co stanowi o wartości okcydentalistyki – możliwości kształtowania swoich własnych zainteresowań. Słowem, nie musisz lubić tego, co lubi prowadzący zajęcia, ale i tak zawsze się znajdzie się ktoś, kto interesuje się tym, co lubisz, i służyć będzie ci pomocą.

K.K.